Smocze łodzie zadebiutowały na Wisłoku. UR szybszy od PRz na 200 metrów
Na rzeszowskim zalewie na Wisłoku wystarczyło 45 sekund, by pokazać, że akademicka rywalizacja potrafi zejść z boisk prosto na wodę. W środę wzdłuż miejskiej plaży przy zaporze rozegrano pierwszy na Podkarpaciu wyścig smoczych łodzi pomiędzy największymi uczelniami w stolicy regionu. W debiutanckim starciu Uniwersytet Rzeszowski okazał się minimalnie lepszy od Politechniki Rzeszowskiej, a o wyniku - jak zgodnie podkreślali organizatorzy i uczestnicy - przesądziło zgranie, nie sama siła.
Historyczny pojedynek uczelni na rzeszowskiej wodzie
Środowe zawody były pierwszym tego typu wydarzeniem w regionie i jednocześnie nawiązaniem do znanej tradycji uczelnianych pojedynków na wodzie, kojarzonej z rywalizacją Oxfordu i Cambridge. W rzeszowskich realiach naprzeciw siebie stanęły reprezentacje Uniwersytetu Rzeszowskiego oraz Politechniki Rzeszowskiej. Trasa poprowadzona została wzdłuż miejskiej plaży przy zaporze, a wyścig stał się jednym z najbardziej widowiskowych punktów programu Festiwalu Akademickiego Sportu oraz Nauki.
Choć różnice na mecie nie były duże, to osada Uniwersytetu Rzeszowskiego lepiej wykonała plan na dystansie 200 metrów. Zwycięzcy przepłynęli odcinek w czasie 45 sekund. Jak relacjonowali uczestnicy, przewagę dała skuteczniejsza realizacja strategii i równy rytm, dzięki któremu łódź utrzymywała wysokie tempo od startu do finiszu.
Taktyka, rytm i praca „jak jeden organizm”
W smoczych łodziach łatwo ulec wrażeniu, że decyduje wyłącznie moc. Tymczasem - jak zwracali uwagę organizatorzy - kluczowe jest to, czy cała załoga potrafi wykonywać identyczny ruch w tym samym momencie. To właśnie synchronizacja sprawia, że energia nie „ucieka”, a łódź przyspiesza.
O tym, jak wyglądał plan zwycięskiej załogi, opowiedział jeden z wioślarzy Uniwersytetu Rzeszowskiego.
Taktyka była bardzo prosta: na początku musieliśmy wykonać trzy bardzo mocne, głębokie pociągnięcia, potem dziesięć już płytszych, a następnie pięć coraz szybszych, żeby na końcu utrzymać najwyższe tempo. Pod koniec sił już brakowało, ale daliśmy radę, wygraliśmy
Marcin Hoszowski
W wyścigu znaczenie ma też podział ról w samej jednostce. W 12-osobowej łodzi pracuje dziesięciu wioślarzy, rytm wybija bębniarz, a za kierunek odpowiada sternik. Przy dobrym zgraniu takie osady osiągają bardzo wysokie prędkości - najlepsze polskie ekipy potrafią pokonać 200 metrów w około 40 sekund.
Miesiąc przygotowań i wsparcie mistrza
Debiut w tej dyscyplinie był dla większości uczestników czymś zupełnie nowym. Do wyścigu przygotowywano się krótko - zaledwie miesiąc - a treningi odbywały się w wolnych chwilach. O kulisach budowania osady mówił tuż przed startem organizator zawodów, dr Miłosz Szczudło, dyrektor Centrum Wychowania Fizycznego i Sportu Akademickiego UR. Jak przyznał, początki były trudne, ale z czasem drużyna zaczęła „łapać” rytm i technikę.
Studenci to wyselekcjonowana grupa niemająca wcześniej ze smoczymi łodziami nic wspólnego. Trenowali w wolnych chwilach i tylko przez miesiąc. Na początku była tragedia, później średnio. A pod koniec dołączył do nas Marcin Tomczak z Gdańska – wielokrotny mistrz Polski w tej dyscyplinie, który tłumaczył niuanse taktyczne. Dzisiaj wyglądało to naprawdę dobrze
dr Miłosz Szczudło
Dyrektor Centrum Wychowania Fizycznego i Sportu Akademickiego UR podkreślał również, że w smoczych łodziach najważniejsza jest technika. Jeśli siła jest wkładana nierówno, traci się ją bez realnego przełożenia na prędkość. Istotne znaczenie ma bębniarz, ale strategiczną odpowiedzialność ponosi sternik - także z powodów bezpieczeństwa. Jak wyjaśniał dr Szczudło, sterowanie wymaga dużej siły, by utrzymać kurs, gdy dziesięciu wioślarzy pracuje jednocześnie.
Pomysł na nową tradycję w Rzeszowie
Debiutancki pojedynek ma być sprawdzianem zainteresowania, ale też zapowiedzią kontynuacji. Organizatorzy nie ukrywają, że chcieliby, aby rywalizacja Uniwersytetu Rzeszowskiego z Politechniką Rzeszowską wracała co roku. W dalszej perspektywie w planach jest poszerzenie formuły o kolejne uczelnie, jednak - jak zaznaczał dr Szczudło - na start postawiono na zespoły z Rzeszowa, bo mogły przygotować się na wodzie. Wypuszczenie całkowitych debiutantów na 200 metrów płynięte „na pełnej mocy” uznano za rozwiązanie ryzykowne.
Jeśli pomysł się przyjmie, Rzeszów może stać się rozpoznawalnym miejscem na mapie tej widowiskowej dyscypliny. Środowy wyścig przyciągnął kibiców i uczestników festiwalowych wydarzeń, a sama rywalizacja pokazała, że akademicki sport w mieście szuka nowych form.
Wyścig w programie Festiwalu Akademickiego Sportu oraz Nauki
Smocze łodzie były jednym z najgłośniejszych punktów trzydniowego Festiwalu Akademickiego Sportu oraz Nauki, organizowanego w ramach działań związanych z przyznaniem Rzeszowowi tytułu Europejskiego Miasta Sportu 2026. W wydarzeniu biorą udział reprezentanci siedmiu uczelni z Podkarpacia oraz goście z Uniwersytetu w Preszowie na Słowacji.
Program festiwalu łączy dyscypliny dobrze znane z tymi, które dopiero zyskują popularność. Wśród zaplanowanych aktywności znalazły się m.in.:
- siatkówka plażowa,
- bowling,
- korfball,
- crossfit HRX,
- piłka ręczna plażowa.
Zwieńczeniem tegorocznej edycji ma być czwartkowa debata o współczesnych wyzwaniach sportu i idei fair play. Wśród zaproszonych gości znaleźli się: Robert Korzeniowski, Krzysztof Ignaczak, Łukasz Szeliga, Hanna Wawrowska oraz Paweł Janusz.
Po środowym starciu na Wisłoku jedno jest pewne: na wodzie w Rzeszowie pojawiła się nowa arena akademickich emocji - a pierwszą kartę tej historii zapisali zawodnicy Uniwersytetu Rzeszowskiego.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!