Henryk Victorini nie żyje. Legenda Bieszczadów, „kowboj znad Sanu”, miał wyjątkową historię
Zmarł Henryk Victorini – człowiek, który po wojnie przyjechał w Bieszczady, gdy w dolinie Sanu nie było niemal nic, i został tam na całe życie. Dla wielu był symbolem pionierskich czasów, a dla innych po prostu legendarnym „kowbojem znad Sanu”, gospodarzem Sokolego i jednym z najbardziej rozpoznawalnych bieszczadzkich oryginałów.
Od kresowych korzeni do bieszczadzkiej legendy
Choć jego nazwisko na trwałe wpisało się w historię regionu, Henryk Victorini nie był rodowitym bieszczadnikiem. Jak sam opowiadał, jego rodzina wywodziła się z Kresów, spod Lwowa. Po wojnie została przewieziona do Bytomia w bydlęcych wagonach, a później los prowadził ją przez Krosno, liceum i rozpoczęte, lecz nieukończone studia weterynaryjne w Opolu.
Do Bieszczadów przyciągnęła go wyprawa po maturze. To właśnie wtedy, jak wspominał, „zaraził się” tym miejscem na dobre. W tamtym czasie księgowy w hodowlanym PGR-ze miał nawet dopytywać, czy „Victorini” to prawdziwe nazwisko, czy pseudonim. W realiach powojennych Bieszczad pytanie nie brzmiało dziwnie - w górach, które dopiero dźwigały się po wojennym spustoszeniu, wszystko wydawało się nowe i obce.
Kowboj z Tworylnego i filmowy epizod
Początek bieszczadzkiej drogi Victoriniego to druga połowa lat 50. Źródła podają 1956 lub 1957 jako moment, gdy z kolegą podjął się wypasu pięciuset sztuk bydła w dolinie Sanu na zlecenie PGR-u. Praca była ciężka i niebezpieczna: do dyspozycji miał konia, stary namiot, surowicę przeciwżmijową i karabin. Na pastwiska w Tworylnem szli bezdrożami przez dwa dni, a bydło nękały wilki, choroby i owady. Jesienią trzeba było tłumaczyć się z braków w Ustrzykach.
W 1958 roku w opuszczonej dolinie Tworylnego pojawiła się ekipa Wadima Berestowskiego kręcąca film „Rancho Texas”. Victorini został kaskaderem - zastępował Bogusza Bilewskiego w scenach jeździeckich i pojawiał się przed kamerą jako westernowy „zagończyk”. Sam po latach oceniał film krytycznie, twierdząc, że temat został zbyt mocno „zamerykanizowany”, a gorzej pokazano pionierski okres regionu. Mimo to właśnie ten plan filmowy pomógł utrwalić mit bieszczadzkich kowbojów.
„temat zamerykanizowano, natomiast źle pokazano nasz okres pionierski”
Henryk Victorini
Po ekipie filmowej zostały baraki, a Victorini wykorzystał je, tworząc jedną z pierwszych w Bieszczadach stanice turystyczne. Prowadził ją pod nazwą „Szept” w ramach PTTK.
Powrót do Sokolego i życie nad przyszłą zatoką
Ta historia nie była jednak prosta ani jednolita. Zimą życie w barakach było niemal niemożliwe. Victorini stracił ostatnie buty, które suszył przy ogniu, popadł w kryzys i wyjechał na Śląsk, gdzie pracował jako biuralista. Miał tam dziewczynę i obiecywane mieszkanie w blokach, ale - jak wspominał - miasto nie było dla niego. Wrócił więc w góry, ponieważ „zew” okazał się silniejszy.
Po powrocie wydzierżawił zrujnowany „pałac” w Sokolem niedaleko Soliny i zaczął od nowa. Z czasem kupił 19 hektarów ziemi, postawił dom na pagórku, a na dole urządził stajnie i oborę. Właśnie wtedy spełniło się jego marzenie o życiu w dzikich górach i nad wielką wodą - gdy budowana zapora sprawiła, że woda dosłownie przyszła pod jego dom.
„Całe życie pragnąłem, żeby mieszkać w dzikich górach i nad wielką wodą. Nie wiedziałem, jak to zrealizować, aż tu, któregoś dnia, woda sama przyszła pod mój dom”
Henryk Victorini
Gospodarz, którego pamiętają Bieszczady
Życie nad powstającym jeziorem nie oszczędzało Victoriniego. Zdarzał się wóz z drewnem, który runął w przepaść, pękał lód pod jego stopami, a zimą ubranie zamarzało na nim tak mocno, że matka musiała je rozcinać. Poważnym ciosem była też utrata koni zaprzęgniętych do kosiarki, które spłoszone spadły ze wzgórza do jeziora i utonęły.
Jednocześnie jego gospodarstwo stało się miejscem wyjątkowym. Miał oborę z trzydziestoma sztukami bydła, cztery konie, krowy reagujące na imiona, a także dziką zwierzynę pojawiającą się wokół domu. Przy łóżku miała mieszkać żmija, a w okolicy bywały dziki, jelenie i żubr Pulpit, który znalazł u niego pierwszy azyl. Victorini nigdy nie polował ani nie kłusował. Potrafił nawet powiedzieć koniowi z zakupami, by sam zaniósł jedzenie do domu.
Do Sokolego można było dotrzeć wyłącznie łodzią albo pieszo przez las z Teleśnicy. Prądu nie miał i - jak podkreślał - nie potrzebował go, bo wolał lampę i świecę. Za tę cenę miał coś, co uważał za najważniejsze: ciszę i czystą wodę jeziora. Dla lokalnej społeczności i turystów był nie tylko barwną postacią, ale też żywą pamięcią o wsiach zatopionych przez Solinę oraz o świecie, który po wojnie zniknął z mapy dwa razy: najpierw przez zniszczenie, a potem przez wodę.
Śmierć Henryka Victoriniego zamyka ważny rozdział w historii Bieszczadów. Odszedł człowiek, który nie tylko widział narodziny bieszczadzkiego mitu, ale sam ten mit współtworzył - jako osadnik, gospodarz, uczestnik filmowej opowieści i strażnik pamięci o dolinie Sanu. Dla regionu to utrata postaci, która przez dziesięciolecia przypominała, jak wyglądało życie na terenach, gdzie cywilizacja musiała zaczynać od zera.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!